„I’ll
bet you got pushed around,
Somebody made you cold,
But the cycle ends eight now
‘cause you can’t lead me down that road.
And you don’t know
What you don’t know.
Somebody made you cold,
But the cycle ends eight now
‘cause you can’t lead me down that road.
And you don’t know
What you don’t know.
Someday,
I’ll be living in a big old city,
And all you’re ever gonna be is mean.
Someday, I’ll be big enough so you can’t hit me,
And all you’re ever gonna be is mean.
Why you gotta be co mean?” *
And all you’re ever gonna be is mean.
Someday, I’ll be big enough so you can’t hit me,
And all you’re ever gonna be is mean.
Why you gotta be co mean?” *
~*~
Podmuch wiatru potrafi doszczętnie zniszczyć
fryzurę, o czym przekonała się młoda, dwudziestosześcioletnia kobieta z rodu
Weasleyów. Jej ruda czupryna, choć pozornie tak łatwa do okiełznania, w
rzeczywistości, dla samej właścicielki, stawiała nie lada wyzwanie. Jej włosy
nie były falowane ani się nie kręciły w najmniejszym stopniu, ale bardzo trudno
było je ułożyć, a po osiągnięciu tego wielkiego sukcesu i tak wystarczył tylko
delikatny wiaterek, żeby to zaprzepaścić. A ten dzień był dla niej ważny i musiała
być pod każdym względem i w każdym calu perfekcyjna. To była jej ostatnia deska
ratunku, ostatnia szansa. Musiała dostać tę pracę, choćby miała swojego
przyszłego szefa błagać na kolanach. Potrzebowała jej od zaraz, była w bardzo
ciężkiej sytuacji, a pieniędzy nie miała już praktycznie wcale. Brak
jakiejkolwiek szkoły, prócz Hogwartu, tylko utrudniał sytuację, a do prac
niewymagających wyższego wykształcenia po prostu jej nie przyjęli.
Pieniądze były jej, niestety, pilnie potrzebne. Była
w bardzo nieprzyjemnej, wręcz koszmarnej, sytuacji. Narobiła sobie
niewyobrażalnie wielkich długów, a i tak nie miała już prawie z czego żyć, nie
wspominając nawet o spłacie tych kredytów. Bądź co bądź, była to gardłowa
sytuacja, szczególnie, że znajdowała się obecnie w Nowym Jorku i nie miała
nawet możliwości powrotu do Anglii, bo zostałoby to odebrane jako ucieczka. Nie
chciała angażować w to swoich rodziców, bo wiedziała, że ich sytuacja też jest
bardzo trudna, ponieważ pan Weasley, ze względu na swoje pogarszające się zdrowie,
musiał zrezygnować z pracy. Żyli z oszczędności, których mieli niewiele,
zwłaszcza po wychowaniu siódemki dzieci. Tak więc Ginny musiała sama zarówno
utrzymać się jak i spłacić długi. Naprawdę zaczynało robić się nieciekawie, ale
wszystkie jej wnioski o pracę zostały brutalnie i bezkompromisowo odrzucone.
Teraz poszukiwała pracy sekretarki, ale i to było drogą przez mękę. W końcu
znalazła jakieś ogłoszenie w gazecie, że pilnie poszukują sekretarki
inteligentnej i błyskotliwej, choć może być i bez wykształcenia.
Denerwowała się, bo wiedziała, że to jej ostatnia
szansa. Bała się tego, co będzie, jeśli ją odrzucą. A to, że spotykała się z
tym codziennie, sprawiało, że jej strach był w pełni uzasadniony. Postanowiła,
że będzie pewna siebie, ale i na tyle pokorna, by nie zostać uznaną za
arogancką. Zawsze starała się być sympatyczna i swobodna, ale najwidoczniej to
się nie sprawdzało. Mimo wszystko brnęła w swoją taktykę, być może dlatego, że
nie miała żadnej innej. Starała się jak mogła, by wywołać jak najbardziej
pozytywne wrażenie i żeby pokazać, jak bardzo nadaje się do tej pracy. Była
systematyczna, odpowiedzialna i rozsądna, chociaż czasami zdarzały jej się
momenty zamyślenia, przez co się rozkojarzyła i to było jej największą wadą.
Weszła do imponującej wielkości budynku i wjechała
windą na górę. Pachniało tam aromatyczną kawą i męskimi perfumami. Wyszła z
windy i podeszła do sekretarki, do której należało się zgłosić.
- Dzień dobry. – Ginny uśmiechnęła się, patrząc na
kobietę. Wyglądała na zadbaną, skromną i miłą osobę o spełnionych ambicjach.
Wcale nie spojrzała na Ginewrę z brakiem zainteresowania i niechęcią, ale
bardzo otwarcie i bez cienia wymuszonego uśmiechu.
- Dzień dobry.
- Miałam się tu zgłosić, chciałabym ubiegać się o
stanowisko sekretarki prezesa od spraw reklamy i kultury w firmie.
- Och tak, faktycznie! – Kobieta przypomniała sobie
o umówionej wizycie. – Pan Malfoy wie o spotkaniu, czeka u siebie, by panią
przyjąć – powiedziała i spojrzała na Ginny z sympatią.
Pan Malfoy?! Ginny przestraszyła się, ale na głos
powiedziała tylko „dziękuję” i poszła w kierunku gabinetu. No to świetnie, po
prostu świetnie. Jej ostatnia nadzieja właśnie upadła. Malfoy. Gorzej być nie
mogło, naprawdę, chyba już wolałaby usłyszeć nazwisko Potter. Podeszła do drzwi
jak w amoku, była przerażona nie na żarty. Ale nie przerażona spotkaniem
szkolnego „kolegi”, ale raczej tym, jak to spotkanie się skończy. On na pewno
jej nie przyjmie, a ona wtedy wyląduje na ulicy.
Mimo wszystko wzięła głęboki wdech i postanowiła zachować
pewność siebie. Zapukała do drzwi i weszła do środka, słysząc ciche „proszę”.
Nogi się pod nią uginały. Draco Malfoy, siedzący za dużym biurkiem, nawet na
nią nie spojrzał, tylko dalej wypełniał jakieś dokumenty.
- Dzień dobry – powiedziała grzecznie, mając
nadzieję, że chociaż na początku jej nie pozna.
- Dzień dobry – odparł chłodno, nawet na nią nie
patrząc. – Ty pewnie jesteś chętna na stanowisko mojej sekretarki, prawda?
- Owszem – powiedziała, starając się, żeby jej głos
nie drżał. Myślała, że zaproponuje jej żeby usiadła, ale nie nastąpiło nic
podobnego. Uniósł na nią wzrok i otaksował spojrzeniem od góry do dołu. W końcu
jednak spojrzał na jej twarz i zastanowił się chwilę.
- Przedstaw się – rzucił, patrząc na nią badawczo, a
ona już wiedziała, że coś podejrzewa.
- Ginewra Weasley – powiedziała cicho, choć pewnie.
Jego wyraz twarzy momentalnie się zmienił. Z
obojętności i chłodu przeszedł w kpinę i złośliwość.
- Weasley? Jak miło. Co cię tu sprowadza? Nie tyle
do Nowego Jorku, co do mojego gabinetu. Co prawda słyszałem o dramatycznym
końcu małżeństwa wybrańca, ale nie sądziłam, że zmusi cię to do tak
drastycznych działań. Praca sekretarki? Czemu?
- Bo to moje jedyne wyjście. Cholernie potrzebuję
tej pracy, Malfoy. – Spojrzała na niego.
- Po pierwsze PANIE Malfoy, bo rozmawiasz, być może,
ze swoim przyszłym szefem, a po drugie to aż dziwne, żeby sama Ginewra Weasley
nie mogła zdobyć innej pracy? Czemu miałbym cię przyjąć?
- Bo nadaję się idealnie na to stanowisko. I
naprawdę bardzo, ale to bardzo mi zależy.
Zastanawiał się długo. Ciągle patrzył na Ginny, a
ona miała dosyć jego przytłaczającego spojrzenia. Mimo wszystko stała i nie
spuszczała z niego wzroku.
- Chyba jednak muszę pani odmówić, panno Weasley…
- Błagam – powiedziała cicho, patrząc na niego.
Trudno było jej patrzeć mu w oczy, ale uparcie to robiła. – Błagam, ja muszę
mieć tę pracę.
- Błagam? – Powtórzył z zainteresowaniem. – Nie
wiedziałem, że jakikolwiek Weasley będzie mnie kiedyś o coś błagał.
- Ja też nie – mruknęła pod nosem.
- Dobrze, przyjmę cię, ale pod warunkiem, że
będziesz robiła wszystko, co ci nakażę jako szef. Bez gadania.
- Oczywiście – zapewniła.
- W S Z Y S T K O – powtórzył wyraźnie, dając jej do
zrozumienia, że to zobowiązanie jest naprawdę spore.
- Wszystko, wszystko zrobię, byle by mieć tę pracę.
– To akurat była szczera prawda. Za bardzo potrzebowała tej pracy, żeby
wykluczać ją przez to, że jej szefem będzie Malfoy.
Podziękowała mu za to, że dał jej tę szansę, ale on
tylko kiwnął głową, cały czas badawczo ją obserwując. Wiedziała, że nieźle się
wpakowała, ale nie miała innego wyjścia. A Draco zamierzał wykorzystać swój
przywilej jak najbardziej będzie to możliwe.
- Przyjdź jutro o piątej.
Spojrzała na niego dziwnie. Wiedziała, że w takich
miejscach na ogół pracuje się od wczesnej godziny, ale piąta to była lekka
przesada.
- Ja też będę i wyjaśnię ci na czym będzie polegać
twoja praca.
Kiwnęła głową. Czekała, oczywiście, na pozwolenie
wyjścia, ale Draco jeszcze jej nie wypuścił. Wstał i podszedł do niej. Stała
cały czas bardzo blisko drzwi, więc przyparł ją do nich lekko.
- Jutro, o piątej. Nie spóźnij się – wyszeptał jej
do ucha i bezceremonialnie pogładził jej brzuch pod koszulką. Zadrżała, ale
kiwnęła głową, zaciskając zęby. Obawiała się, że Draco będzie najgorszym szefem
jaki mógł jej się trafić i chyba miała rację. Chyba.
___________________________________________________
*
Słowa pochodzą z piosenki Taylor Swift pod tytułem „Mean”. W tłumaczeniu na
język polski brzmią tak:
Założę się, że
byłeś kiedyś czyimś popychadłem
I ktoś sprawił, że stałeś się zimny
Ale ten obłęd już się kończy,
Bo nie uda ci się sprawdzić mnie na tę drogę
I nie wiesz,
Tego czego nie wiesz:
Kiedyś będę mieszkała w wielkim, starym mieście,
A ty zawsze będziesz jedynie podły,
Kiedyś będę na tyle silna, że twój cios mnie nie dosięgnie,
A ty zawsze będziesz jedynie podły.
Dlaczego musisz być taki podły?
I ktoś sprawił, że stałeś się zimny
Ale ten obłęd już się kończy,
Bo nie uda ci się sprawdzić mnie na tę drogę
I nie wiesz,
Tego czego nie wiesz:
Kiedyś będę mieszkała w wielkim, starym mieście,
A ty zawsze będziesz jedynie podły,
Kiedyś będę na tyle silna, że twój cios mnie nie dosięgnie,
A ty zawsze będziesz jedynie podły.
Dlaczego musisz być taki podły?